niedziela, 23 kwietnia 2017

Mój spacer po Rzymie - VLOG na YouTube!

Jeżeli chcielibyście sprawdzić jak wyglądają okolice, w których mieszkam w Wiecznym Mieście, jakie drzewa są najpiękniejsze (oczywiście pinie!), jak wygląda Universita Roma Tre, czy łatwo trafić z metra do Koloseum, jak daleko jest z Koloseum do Forum Romanum, jak wygląda pomnik Vittorio Emanuela i gdzie są super lody przy Campo de Fiori, obejrzyjcie mój vlog!


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Najgłupsze wymówki, które doprowadziły mnie do ruiny

wie ktoś z czego to? // wiecie, z 'Shameless' podobno!
Trochę inaczej wyobrażałam sobie, jak będę spędzać czas w Wiecznym Mieście. Prawdę mówiąc, widziałam to jako codzienne wyprawy do muzeów, galerii, siedzenie godzinami przed jakimś dziełem sztuki i wzdychanie w niebiosa nad artystycznym kunsztem dzieła. Widziałam to jako ganianie z aparatem, doskonalenie warsztatu fotograficznego i filmowego, montowanie wspaniałych, osiągających tysiące wyświetleń vlogów i spisywanie ekscytujących historii z mojego rzymskiego życia.

Niestety po raz kolejny złapałam jedną z najgorszych przypadłości, jaka może dopaść człowieka, a mianowicie przypadłość znajdowania wymówek. Typu, że nie wyjdę dziś z domu bo w sumie to obudziłam się po 10, zanim zjem śniadanie i się ubiorę minie godzina, potem wyjdę to zrobię się głodna, stracę kasę, namęczę się, upocę, buty pewnie znowu mnie obetrą, znowu będę głodna, znowu wydam kasę i już - trzeba będzie wracać, bo przecież szkoda przepuścić dzisiejszą imprezę, a jakoś na niej muszę wyglądać. Tak więc kończy się na tym, że zostaję w domu i oglądam Netflixa, jem obiad na tarasie co jest powodem do dumy, bo przecież się dotleniam, łapię promienie słoneczne, proszę bardzo, witamina D i te sprawy. Wymówka „nie wychodzę, bo muszę oglądać Netflixa” albo „nie wychodzę, bo mnie buty obetrą” to moje hity, z których sama się podśmiewuję i które faktycznie zdarza mi się wdrażać w życie, choć na szczęście nie tak często. Szkoda, że nigdy nie przychodzi mi do głowy, by fakt nieruszania się z domu usprawiedliwiać sobie tekstem „nie wychodzę, bo muszę pisać magisterkę”.



Jednak sam fakt, że w ogóle preteksty przed nie zrobieniem czegoś próbuję sobie wynajdować, wzbudzają we mnie takie ogólne refleksje nad życiem i tym, ile przez wymyślanie sobie różnych udawanych problemów można czasem przegapić. I ponieważ nie mogę za dużo rozmyślać o straconych szansach i nieuchwyconych dniach, bo dostałabym nawrotu depresji, to przejdę od razu do konkretu, czyli moich własnych wymówek-gigantów, których miałam w życiu takich trzy, z czego jedna się przeterminowała, drugą pokonałam, a trzecia wciąż święci triumfy. Wymówki te z boku mogą się wydawać niemożebnie głupie, zdaję sobie z tego sprawę i dlatego też o nich chcę napisać, tym bardziej, że dla mnie samej brzmiały, lub wciąż brzmią całkiem sensownie.


1. DLACZEGO NIGDY NIE ZROBIŁAM DREDÓW?

Pierwsza wymówka-gigant jest związana z moją fryzurą. Otóż będąc w wieku nastoletnim i buntowniczym, poszukując swego ja i próbując ubraniowych eksperymentów wymyśliłam sobie marzenie, że będę mieć dredy. Że skoro one zawsze tak superancko wyglądają na ludziach, to na pewno, mając takie dredy, nie dość, że zyskałabym +50 do stylóweczki (przypasowałyby mi do drewnianych koralików, wzorzystych spodni z krokiem w kolanach i sandałów), to jeszcze dzięki ich magicznej mocy nauczyłabym się też grać na bębnie, tamburynie, a może nawet gitarze, tak do kompletu tego trochę rastamańskiego, a trochę pielgrzymkowego zestawu. No i wyobraźcie sobie, że miałam ten plan odkąd skończyłam jakieś 12 lat. I ciągnęło się to za mną właściwie do końca liceum. I nigdy nie zrobiłam tych pieprzonych dredów i zdecydowanie mogę uznać to za pierwsze w życiu marzenie, które na własne życzenie zakopałam w gruzach i jeszcze przyklepałam. Moja wymówka na niezrobienie dredów była bowiem prosta i niezwykle na ten czas logiczna - dredy nie pasowałyby mi do eleganckiej sukienki na studniówce.


2. DLACZEGO NIE CHCIAŁAM BYĆ WEGETARIANKĄ?

Druga wymówka, choć ostatecznie z sukcesem pokonana na arenie zwanej życiem, ciągnęła się chyba nawet jeszcze dłużej. Bo sprawa była tego typu, że ja zawsze uważałam, że coś w jedzeniu mięsa jest trochę nie tak. Na dodatek nigdy fanką smaku mięsa nie byłam, więc wszystko składało się wręcz idealnie do tego, by fakt, iż jestem doskonałym materiałem na wegetariankę zaakceptować i codzienny jadłospis po prostu radykalnie zmienić. Niestety, propaganda, że bycie wege w wieku nastoletnim jest niezdrowe, miała na mnie znaczący wpływ, szczególnie jeśliby wziąć pod uwagę hipochondryczne skłonności i strach przed strasznymi chorobami. Poza tym, że bałam się kurzej ślepoty to też sporo czytałam, a jedną z moich ulubionych dziedzin były książki i magazyny podróżnicze, które przyczyniły się do mojego osobistego wkładu w mięsny biznes przez parę następnych lat. Otóż przeczytałam gdzieś fascynującą historię, że – chyba – Beata Pawlikowska, będąc kiedyś w dżungli amazońskiej, została poczęstowana przez plemię tubylców miejscowym specjałem, czyli zupą z małpy. Bardzo mnie ten fakt przejął. Po pierwsze dlatego, że nie wiedziałam, że małpę można ugotować, a po drugie dlatego, że matko boska, to ja chyba nigdy nie zostanę wegetarianką. Przecież co to będzie, jak pojadę do jakiejś takiej dżungli amazońskiej jako wegetarianka i tubylcy podadzą mi zupę z małpy? Co jak co, ale w takiej sytuacji nie ma bata. Trzeba okazać szacunek wodzowi, czy tam komu i zjeść. Inaczej zostanę niechybnie przebita strzałą, natknięta na pal, sprzedana na paciorki, kto wie co jeszcze. W efekcie postanowiłam więc dzielnie jeść te poddawane pod nos rosoły i kotlety schabowe, w imię hipotetycznej zupy z małpy, którą kiedyś przyjdzie mi zjeść w amazońskiej dżungli.

Ponieważ czas mijał, na odwiedziny dżungli się nie zapowiadało, w końcu z mięsa zrezygnowałam. A jak kiedyś mi ktoś zaproponuje taką ugotowaną małpę, to ja już mu wymyślę jakąś wymówkę!


3. DLACZEGO NIE MAM TATUAŻU?

Trzecia gigant-wymówka jest najświeższa. Otóż od jakiegoś czasu zaczął mi się coraz bardziej podobać pomysł zrobienia tatuażu. Nigdy wcześniej nie było to moje marzenie, ale jak się tak naoglądałam różnych ładnych panów z tatuażami i brodami, oraz równie ładnych pań z tatuażami i bez bród, to sobie pomyślałam, że chyba bym też coś takiego chciała (ile wtedy do stylóweczki? +100?). Ale no kurcze, oczywiście to nie ma tak, że sobie wymyślę, znajdę ładny wzór, zbiorę pieniądze i już, robię. Nie. Najpierw trzeba pokonać wymówkę. A moim pretekstem do nie zrobienia sobie tatuażu jest nic innego jak fakt, że NA MIŁOŚĆ BOSKĄ przecież z tatuażem to mnie nie wpuszczą japońskiej łaźni! Bo wiecie, tam się wchodzi na golasa i tatuaże są zabronione, a przecież to jest bardzo ważna rzecz do zrobienia, na wypadek gdybym akurat była w Japonii, żeby taką właśnie łaźnię odwiedzić.



Tak więc po raz kolejny możecie się u mnie dowiedzieć, że w życiu nie ma łatwo. Na tych kilku prostych przykładach starałam się ten fakt po raz kolejny wyłuszczyć, żebyście czasem o zwykłych udrękach dnia codziennego nie zapomnieli. W ogóle, to dzisiejszy wpis też jest wynikiem wymówki – od jakiegoś tygodnia próbuję zebrać się do zrobienia tabelek z gramatyki włoskiej, takich do powieszenia nad biurko. Już sobie nawet obiecałam, że zrobię to dziś, po zajęciach. No ale przecież wpis na bloga sam się nie napisze...

-------
Dobry, prowokacyjny tytuł, no nie?

wtorek, 21 marca 2017

Kurs udawania normalnego człowieka, czyli mój bilans pierwszego miesiąca na Erasmusie

Wczoraj minął pierwszy miesiąc mojej wymiany. Zdecydowanie się na wyjazd na ostatnim roku studiów, w ostatnim semestrze, tuż przed całym tym szałem związanym z pisaniem pracy magisterskiej (może w sumie powinnam powiedzieć - w trakcie pisania), obroną itd. było... najlepszą decyzją na świecie. Przynajmniej na razie tak uważam.

Mój poziom nie przejmowania się uniwersyteckimi sprawami jest teraz wprost proporcjonalny do ogromu satysfakcji, jaką daje mi przebywanie w nowym miejscu i przeżywanie drugiej młodości. W Krakowie miałam wrażenie, jakby studencki czas beztroski i zabawy już bezpowrotnie minął, a nieubłaganie zbliżający się koniec studiów nie pomagał w radzeniu sobie z pytaniami o plany na przyszłość, perspektywy na pracę i inne absolutnie przerażające i paraliżujące mnie tematy. Po przyjeździe tutaj mój sposób patrzenia uległ zmianie o tyle, że po prostu przestałam się tymi strasznymi rzeczami przejmować. Nie wiem, czy zadziałała w tym wypadku magia włoskiej ziemi, czy po prostu może mam okazję tańczyć wystarczająco dużo i często, by moje akumulatory optymizmu pozostawały stale naładowane :)

mnie wciąż śmieszy

Ta wyjątkowo wyluzowana, roztańczona i beztroska atmosfera sprzyja nie tylko dobrej zabawie, ale i wielu społecznym obserwacjom. Więc, gdyby ktoś pytał, to to nie tak, że ja tu nic nie robię, albo robię minimum, a potem idę na imprezę. Ja tutaj, moi drodzy, łącząc przyjemne z pożytecznym, prowadzę w ukryciu socjologiczno-antropologiczne badania terenowe. Międzynarodowe środowisko młodych ludzi i ich równie międzynarodowa, buzująca energia to materiał na niejeden blogowy wpis, słowo daję. Przykładowo - myślę, że po tych paru miesiącach będę miała wystarczająco dużo spostrzeżeń na temat, chociażby, mieszkania z dwójką facetów, by móc zebrać je w klarowne, oczywiście nie do końca poważne, ale na pewno interesujące studium nad płcią i genderem. Ale dziś nie o tym (oczywiście).

Dziś pochwalę się jedną z moich największych uciech minionego miesiąca. Moim fakultatywnym, osobistym, nie podlegającym żadnym restrykcjom, ograniczeniom i prawdopodobnie nieweryfikowalnym żadnymi egzaminami... kursem udawania normalnego człowieka. Nie wiem czy kojarzycie, ale swego czasu było takie popularne wydarzenie na Facebooku. Wtedy oczywiście bardzo mnie to śmieszyło, teraz jednak sądzę, że to super pomysł na biznes i jeśli moja nauka nie pójdzie w las i przyniesie korzyści to kto wie, być może będę mogła napisać nawet jakiś podręcznik, czy coś. Jak na razie udało mi się wycyzelować takie dwa podpunkty/przykazania normalnego człowieka, które należy bezwzględnie stosować, jeśli chcemy za takiego właśnie osobnika uchodzić.

Po pierwsze, należy mówić "mam to gdzieś", albo "nie obchodzi mnie to", nawet jeśli nie mamy czegoś gdzieś i nawet jeśli coś nas naprawdę obchodzi. Przyznawanie się do swoich prawdziwych uczuć jest dla smutasów, fanów rozwoju osobistego i osób w trakcie lub po psychoterapii. Cała reszta skrupulatnie stara się ukrywać, że im przykro, że smutno, że głupio. Postanowiłam więc, na jakiś czas (a może na zawsze, kto wie) odrzucić nie tak dawno zdobyty background w byciu w zgodzie ze swoimi uczuciami i spróbować tej charakterystycznej dla normalnego człowieka, techniki wyparcia. Co za ulga! Co za wygoda na niewygodne kwestie odpowiadać sobie "nie dbam o to!" Czy to jeśli chodzi o uniwersytecki sekretariat i nieogar pań z biura, czy o starcie lasek o najfajniejszego kolesia z imprezy.




Kolejnym punktem dekalogu normalnego i, co ważne - pijącego alkohol - normalnego człowieka, jest wyuczona podatność na napady amnezji. Oooo tak, nie ma w tym świecie lepszego sposobu na zakończenie dyskusji, czy rozprężenie atmosfery, niż stare, dobre "Nie pamiętam, byłem/byłam pijany/pijana". Zakładając, że nie będzie to działanie z krzywdą dla innych, kiedy tylko zostaniemy zauważeniu z drinkiem w ręku, możemy robić wszystko, mówić wszystko i domyślam się, że możemy nawet odrzucić technikę wyparcia - przyznać się do jakichś ciemnych sprawek i skrywanych uczuć, ale tylko, jeżeli po fakcie - być może zaskoczeni doskonałą pamięcią świadków - zastosujemy magiczne zaklęcie "Nie pamiętam". Zwalenie winy na alkohol to zbrodnia doskonała i zawsze mniej lub bardziej efektywna. A śmiechu przy tym co nie miara!




Wiem, że dobrze się czytało, ale niestety tyle na dziś ode mnie. Mam nadzieję kontynuować swoją edukację w tej dziedzinie i stawać się coraz bardziej świadomym, normalnym człowiekiem. A jak tam z Wami? Może macie jakieś propozycje technik do wypróbowania? :3

środa, 8 marca 2017

Co gwizdanie i nocne powroty mają wspólnego z feminizmem?

Miałam plan świętować Dzień Kobiet i Międzynarodowy Strajk Kobiet krocząc ubrana w czerń i czerwoną szminkę przez Stolicę Apostolską. Stety lub niestety przedstawiciele rzymskiej komunikacji miejskiej postanowiły wesprzeć miłe panie w ich święcie i dołączyć do strajkujących. *PS To oficjalne stanowisko - wsparcie kobiet w strajku.* Przez 24h nie jeździ metro, tramwaje, autobusy, wszystko. Siedzę więc uziemiona w mieszkaniu i rozmyślam nad kwestią kobiecą, bo choć wydawałoby się, że wszystko już w tym temacie powiedziano, to chyba wciąż nie zdajemy sobie sprawy o co w tym całym feminizmie chodzi. 

I tutaj już miałam pisać mądry post o tym, że wszyscy jesteśmy jak dzieci we mgle i wszyscy trochę nie do końca czasami wiemy co to ten feminizm jest. Wychodzą potem z tego różne głupoty i wtopy, jak ten tekst Leny Dunham, że nie miała aborcji, ale by chciała mieć (na szczęście przeprosiła). Albo jak te oskarżenia Emmy Watson, że jakby była prawdziwą feministką, to by nie pokazała cycków w Vanity Fair. Swoją drogą, sama zainteresowana znakomicie z całej sprawy wybrnęła - pewnie już widzieliście ten wywiad, ale warto przypomnieć, że pokazywanie cycków a feminizm nie mają ze sobą za wiele wspólnego poza tym, że miło byłoby móc pokazywać cycki gdzie się chce i kiedy się chce, bez lęku o to, że ktoś cię za chwilę seksualnie wykorzysta lub puści wiązankę epitetów z klasyczną 'szmatą' na czele. 




Chciałabym wierzyć, że świadomość się zmienia, że coraz częściej jesteśmy w stanie przyznać, że feministą i feministką jesteśmy, a pseudomądrości Korwino-Mikkopodobnych tylko w tym pomagają.

Chciałabym, ale szczerze powiem, że będąc od tych dwóch tygodni tutaj w Rzymie jakoś zapomniałam o tym optymistycznym widoku na przyszłość. I niech mi nikt nie wciska kitu, że to ten włoski temperament czy podobne pierdoły - tu chodzi o najzwyklejsze w świecie przekonanie, które we Włoszech jest wyjątkowo silne, że skoro jestem facetem, to mi wolno i kropka. Wolno mi cmokać za plecami, gwizdać, pokrzykiwać (na szczęście nie wiem co, bo moja znajomość języka jeszcze nie obejmuje takich słów), wolno też oczywiście próbować obłapywać, cmokać i całować, a nawet jak mówisz "nie" to wolno spróbować jeszcze raz. Wszystkie te rzeczy przydarzyły mi się tylko w ciągu dwóch tygodni, z wczorajszą nocą włącznie. Wkurwia mnie to, moi drodzy bardzo i zastanawiam się, kiedy nerwy puszczą mi na tyle, by zdzielać każdego takiego śmiałka od razu z liścia.




Wkurwia mnie, że aby wrócić z imprezy do domu musisz wcześniej upewniać się, że masz kogoś, kto cię odprowadzi. Wkurwia mnie, że za każdym razem gdy wracam nocnymi autobusami i widzę samych kolesi dookoła, to tylko się modlę, żeby żaden nie wysiadł na moim przystanku. Wkurwia mnie też, że muszę zachować przezorność i przed wieczornym wyjściem dwa razy zastanowić się czy w razie czego moje buty nadają się do biegu, a te spodnie nie wyglądają zbyt prowokująco. To się po prostu nie powinno zdarzać. I choć mówię teraz o kwestiach mniej lotnych niż równe płace, dostęp do antykoncepcji czy mierzenie wartości kobiet w zależności od ich stanu cywilnego, to to też jest feminizm i nie możemy o tym zapominać.

No więc już miałam pisać ten mądry post. Ale stwierdziłam, że lepiej, jeśli będę dawkować przyjemność i po prostu będę co jakiś czas wracać do tematu. O!

Dlatego na Dzień Kobiet chciałabym życzyć sobie i innym dziewczynom poczucia bezpieczeństwa i wolności. I też chyba wzajemnego zrozumienia, że hej, gramy do jednej bramki :)

niedziela, 12 lutego 2017

To wszystko wina Goslinga! Czyli parę słów o zakończeniu "La la land" (2016)

tak wyglądałam podczas pisania posta, zdj http://critics-associated.com/

Od kiedy obejrzałam La la land, ten film towarzyszy mi właściwie każdego dnia. Słucham muzyki, podśpiewuję piosenki, oglądam ulubione fragmenty. Jest to absolutnie zdrowa, kinofilska obsesja, której nie miałam już od dłuższego czasu, więc pławię się w tym uczuciu jak śliwka w kompocie i nie mam zamiaru, przynajmniej jak na razie, kończyć.
 

Autotematyzm filmu, dotyczący świata Hollywood i kina samego w sobie, to tylko jeden z elementów, za które najnowszy film Damiena Chazella ogromnie cenię. La la land to dla mnie również świetne zdjęcia (zauważcie, że cała rozpoczynająca sekwencja z piosenką Another Day of Sun to cudowny mastershot, czyli jedno długie ujęcie bez cięć!), to też znakomita, bazująca na kontrastach kolorów stylowa scenografia, przemyślana, wpadająca w ucho muzyka oraz nieskomplikowany, ale urzekający w swej prostocie scenariusz. I tak, cenię go choć wiem, że to element zazwyczaj w kontekście La la land krytykowany ze względu na swoją banalność właśnie.

Wiele osób, nawet tych sceptycznie odnoszących się do dzieła Chazella docenia fakt, że film nie kończy się beztroskim happy endem i odjazdem ślubną karocą w stronę zachodzącego słońca. La la land to czerpiący z klasyki melodramat, w którym miłość, nawet i ta największa musi pozostać niespełniona (trzeba zabić tę miłość – krzyczy tytuł filmu Janusza Morgensterna i jest to zdanie, które zawsze pojawia mi się w głowie, gdy myślę o melodramatycznej konwencji). Jedną z największych inspiracji do La la land był inny musical, zdobywca Złotej Palmy w Cannes Parasolki z Cherbourga Jaquesa Demy z 1964 roku, od którego Chazelle zaczerpnął nie tylko barwną stylistykę ale i pomysł na historię melodramatycznego romansu.

Żeby zrozumieć, co mam na myśli pozwólcie na szybkie streszczenie filmu:

W Parasolkach... oglądamy 16-letnią Genevieve (przepiękna, młodziutka Catherine Deneuve), pomagającą na co dzień matce w prowadzeniu sklepu z parasolkami i 20-letniego Guya (Nino Castelnuovo), mechanika samochodowego, których łączy młodzieńcze, szalone uczucie. Niestety, chłopak musi jechać na wojnę i para rozstaje się, lecz obiecuje sobie pisać listy. Niedługo po wyjeździe chłopca okazuje się, że Genevieve jest z nim w ciąży. Czas mija, a o względy dziewczyny zaczyna zabiegać przystojny sprzedawca diamentów. Genevieve stoi przed wyborem – albo czekać na swojego lubego, który nie wiadomo kiedy i czy w ogóle wróci, albo wyjść za dobrze sytuowanego absztyfikanta. Mimo bajkowej scenerii i wyśpiewywanych dialogów, które nadają światowi przedstawionemu aurę odrealnienia, Genevieve podejmuje bardzo racjonalną, podszytą przezornością decyzję, o poślubieniu swojego adoratora. Kiedy Guy wraca z wojny i dowiaduje się o tym, co wydarzyło się z jej ukochaną załamuje się, a następnie postanawia związać z dziewczyną, która przez wiele lat opiekowała się jego schorowaną ciocią. Finałowe spotkanie po latach dwójki dawnych kochanków, do którego dochodzi na stacji benzynowej, której Guy jest właścicielem i o której przez lata marzył, to smutny i muzycznie rozdzierający serce moment, przypominający o konsekwencjach podejmowanych przez nas życiowych wyborów.

poetyka Parasolek z Cherbourga to kanwa, na której Chazelle zbudował swój film, zdj. http://cyfraplus.pl

La la land trawestuje główne role zakochanych z Parasolek... i spychającą uczucie na dalszy plan w imię dostatniego stylu życia Genevieve u Chazella zastępuje Sebastian (Ryan Gosling). Dlatego myślę, że za takie a nie inne zakończenie La la land odpowiada postać Goslinga i jeśli, mimo zachwytu nad niewesołym, bo przecież tak innym od wielu zakończeniem, jesteśmy rozczarowani losami filmowej pary mamy tutaj w kogoś rzucić pomidorami, to właśnie w niego!

Para głównych bohaterów to dwoje utalentowanych artystów, którzy z jakiegoś powodu jeszcze nie trafili na swoją szansę realizowania pasji i spełnienia marzeń. Mia (Emma Stone) jest entuzjastką kina, romantyczką i marzycielką, do tego bardzo dziewczęcą – z rudym włosem i w zwiewnych sukienkach nawiązuje do archetypu sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa. Mia ciężko pracuje – utrzymuje się z pracy w kawiarni, a cały czas wolny poświęca przygotowaniom do castingów i bezskutecznym staraniem się o role. Sebastian to w porównaniu do niej taki zblazowany cwaniaczek. Złoty sygnet, fancy samochód i kolekcja związanych z artystami jazzowymi relikwii budują obraz zarówno zakochanego w muzyce jazzowej faceta z ambicjami, ale też materialisty przykładającego wagę to tego jak co wygląda. Sebastian nie boi się ryzyka, przynajmniej w kwestii swojej kariery – poznajemy go w momencie, kiedy prawdopodobnie wprowadził się do nowego (gorszego?) mieszkania po nieudanej inwestycji w muzyczny biznes. Mimo niepowodzenia, Seb sprawia wrażenie wyluzowanej osoby i sam głośno deklaruje, że nie warto zwracać uwagi na to co mówią i myślą o tobie inni. Czy faktycznie tak jest okaże się po jakimś czasie, gdy w grę zaczynie wchodzić sława i rozpoznawalność. Ale od początku.

Mia zauważa Sebastiana gdy ten przygrywa na pianinie w restauracji i improwizuje swój utwór, za co po raz kolejny zostaje wyrzucony z pracy. Urażona duma muzyka sprawia, że ten postanawia ostentacyjnie zignorować zachwyconą nim dziewczynę. Mia przy kolejnym spotkaniu nie przepuści okazji by wbić mu z tego powodu szpilę, celując nie tyle w ego mężczyzny, co ego muzyka właśnie. Nocny spacer, podczas którego bohaterowie bliżej się poznają, mówi o nich i ich oczekiwaniach dość sporo. Mia, mimo swojego zaangażowania w karierę aktorki nie przestaje być zwykłą dziewczyną z małego miasteczka, która poza spełnianiem marzeń związanych z karierą, chciałaby znaleźć szczęśliwą miłość. Sebastian zauważa to, że podoba się Mii i nieco sobie z tego faktu nawet żartuje, śpiewając o bezsensownym marnowaniu czasu we dwoje. Sam jednak, mimo odgrywania zdystansowanej do romansów pozy, wydaje się przez Mię zaintrygowany i w końcu postanawia spróbować zawalczyć o tę znajomość. Ich spotkania przebiegają tak przyjemnie, że  my-widzowie zaczynamy zauważać jak wspaniale są do siebie dobrani. Problem zaczyna się, gdy do głosu wracają ambicje dotyczące ich artystycznych karier.

Sebastiana kuszą pieniądze. To dla nich decyduje się na jakiś czas zrezygnować z tego co wierzy, by móc w przyszłości spełnić własne marzenie. Mia wręcz przeciwnie – podczas gdy Seb stawia na karierę, ona rzuca pracę w kawiarni by oddać się pisaniu swojej sztuki teatralnej. Doprowadza to do tarć między parą, gdy samorealizacja wydaje się nie do pogodzenia z jednoczesnym powodzeniem finansowym. Pieniądze i prestiż zdają się przysłaniać widzenie Sebastiana, który próby sprowadzenia na dawną drogę przez Mię traktuje jako atak wymierzony z powodu zazdrości.

Różne od siebie kierunki, jakimi zaczynają podążać bohaterowie, podkreśla inna postać przewijająca się przez film. Mam tu na myśli siostrę Sebastiana, Laurę. To ona na początku zachęca brata by nie przesadzał ze swoim przewrażliwieniem na punkcie muzycznych artefaktów i jazzu, tylko umówił się na jakąś randkę, znalazł sobie dziewczynę. Laura, myślę, że nieprzypadkowo wizualnie podobna do Mii, stanowi odbicie pragnień głównej bohaterki o szczęśliwej, romantycznej relacji i stworzeniu kochającej rodziny. Wątek Laury powraca w filmie kilkukrotnie - w scenie jej zaręczyn, ślubu oraz kiedy widzimy przysłaną do Sebastiana pocztówkę z rodzinnych wakacji, gdy tymczasem związek Sebastiana i Mii przechodzi kolejno etapy zakochania, kryzysu i definitywnego końca. Życie osobiste Laury to to, czego Mii w związku z Sebastianem brakuje.

Dla niego natomiast priorytetem nie jest pielęgnowanie związku, a kariery. Podczas gdy Mia ma premierę swojego monodramu, on wybiera udział w sesji zdjęciowej do magazynu. I specjalnie podkreślam, że wybiera, ponieważ jasno możemy zobaczyć, że nikt go do tego nie zmusza. Keith pyta się go tylko, czy da radę przyjść, nie stawia natomiast ultimatum lub propozycji nie do odrzucenia. Nic więc dziwnego, że Mia wpada w rozpacz po swoim spektaklu. To nie widownia teatralna sama w sobie zionie pustką, to szczególnie ten jeden fotel opatrzony kartką „zarezerwowane”, szczególnie rzuca się jej w oczy i powoduje załamanie bohaterki. Skoro dla najbliższej jej osoby nie było to wydarzenie warte uczestniczenia, to może faktycznie coś z pomysłem na siebie jako artystkę i aktorkę jest nie tak.


nie tylko do walca trzeba dwojga (do tanga podobno też), zdj http://theplaylist.net

Po kłótni i wyjeździe Mii do rodziców Sebastian nie walczy w żaden sposób o tę relację.. Mobilizuje się by przyjechać do dziewczyny dopiero wtedy, gdy w grę wchodzi jej aktorska przyszłość. Czyli kariera, prestiż – to na co sam zwraca najbardziej uwagę w swoim życiu. Jest to sytuacja, której powagę jest w stanie zrozumieć i która popycha go do przyjazdu w rodzinne strony Mii.

Najbardziej jednak dotkliwa w wymowie, według mnie, jest scena już po przesłuchaniu, kiedy Mia i Sebastian siedzą na wzgórzu. Ona pyta się „Where we are?”, a on udaje głupiego. Tak. Inaczej nie jestem tego w stanie nazwać i zarówno dla mnie, jak i dla Mii ta próba wyminięcia odpowiedzi to sygnał, że właściwie nie mamy już tutaj czego zbierać, bo Sebastian najzwyczajniej w świecie do kontynuowania związku nie jest przekonany. Zachęca bohaterkę, by jechała do Paryża i realizowała się w zawodzie, podczas gdy on zostanie i zacznie skupiać się na rozwijaniu interesu. I tyle. Do kwestii uczuć odnosi się dopiero wtedy, gdy Mia na te plany odpowiada „Wiesz że zawsze będę cię kochać?”, Sebastian przyznaje, że on ją też, chociaż, szczerze powiedziawszy, w tym momencie ciężko jest mi mu uwierzyć.

5 lat później widzimy, że plan Mii został zrealizowany – spełniła marzenie o wielkiej roli i została rozpoznawalną aktorką. Założyła rodzinę, realizując tym samym marzenie o szczęśliwej miłości. Widzimy, że jej małżeństwo jest ok, a jej mężem został starszy od niej, w miarę wyględny mężczyzna (taki, który dojrzał do małżeństwa i rodziny?) Przypadkowe odwiedziny w klubie jazzowym Sebastiana uruchamiają jednak sentyment do dawnej miłości i wywołują falę wyobrażeń o tym, jak wyglądałoby ich wspólne życie, gdyby podejmowane po drodze wybory dyktowane były postawieniem priorytetu uczucia nad rozwijaniem kariery. Jest to wizualizacja opowiedziana z perspektywy Mii, gdzie zarówno jej aktorska kariera, jak i życie rodzinne idą ze sobą w parze. To, co dzieje się z muzycznymi marzeniami Sebastiana, oprócz jego wystąpień w paryskich klubach jazzowych, nie jest do końca jasne. Wiemy jedynie, że podczas wieczornego wypadu zaglądają do tego samego baru, który w rzeczywistości należy do Sebastiana. W wizualizacji Seb jest jedynie jego gościem. Z drugiej strony ten bar to nie Samba & Tapas, które Sebastian początkowo chciał wykupić. Być może więc, gdyby został z Mią, jednak by mu się to udało?

Z drugiej strony, czy ten związek miał szansę przetrwania, skoro priorytety obojga przez dłuższy czas nie szły ze sobą w parze?

Życie to sztuka podejmowania wyborów i o tym właśnie opowiadają zarówno Parasolki z Cherbourga jak i La la land. Oba filmy zakańcza scena spotkania po latach, kiedy to oboje zakochanych poszło odmiennymi drogami, lecz w jakiś sposób osiągnęło swoje cele. Genevieve została żoną i matką bogatego kupca, Guy otworzył stację benzynową, Mia została sławną aktorką, a Sebastian otworzył klub jazzowy. Niestety w sferze domysłów pozostaje kwestia jak mogły się potoczyć losy bohaterów po spotkaniu. Za pierwszym razem miałam wrażenie, że uśmiech Mii z La la land zwiastuje, być może, ciąg dalszy znajomości z Sebastianem. Za drugim już tę pewność straciłam, ponieważ Emma Stone znakomicie odegrała stan przerażenia wynikający z niekomfortowej dla Mii sytuacji wizyty w klubie. A wy jak myślicie? Czy bohaterowie mogliby jeszcze mieć szansę na wspólną przyszłość?

niedziela, 5 lutego 2017

Czy należy bać się nieznajomych? Mrożąca krew w żyłach relacja z samotnego wypadu do Rzymu


Ostatnio postanowiłam poddać weryfikacji kilka zasadniczych kwestii. Ponieważ, jak ostatnio wspomniałam, przechodzę właśnie etap zmian, przeprowadzek i podobnych historii, które skłaniają do przemyśleń i zakładania blogów, to weryfikacja niektórych założeń, np. tego, czy kierunek mojej planowanej, paromiesięcznej emigracji faktycznie istnieje, była po prostu nieunikniona.

Postanowiłam przy okazji sprawdzić, czy to faktycznie jest tak, że jak jest się samotną podróżniczką, wolną strzelczynią lub po prostu - samej spędza się weekend w obcym państwie i w obcym mieście, to czy faktycznie wychodzi się z tego żywym, a przynajmniej nieztraumatyzowanym. Przy okazji rozwiązałam trapiącą kwestię tego, czy życie jest mi miłe, czy w sumie to yolo, oraz, co najważniejsze – podjęłam się próby znalezienia na czas wyjazdu mieszkania. Pokoju. Mojej przyszłej przystani, mej bazy i kątu, w którym skryłabym się gdyby nadmiar akcentowanych na drugą sylabę od końca wyrazów, tony spaghetti, pizzy oraz makaronów wszystkich grubości i długości wyczerpał moje akumulatory ekscytacji oraz spowodował rozstrój żołądka.

sobota, 4 lutego 2017

Jak poradzić sobie z wyprowadzką?

to nie mój pokój jakby co 

Już jestem po. Mam na myśli słowo na "W". Obecnie koczuję u rodziny, czekając na kolejny etap tych wszystkich ceregieli związanych z pakowaniem rzeczy przydatnych, wyrzucaniem rzeczy zbędnych, wychwalaniem pod niebiosa minimalistycznego podejścia do zakupów i - mimo tego - targania za sobą walizek wypchanych do granic możliwości. Ale od początku.

Niewiele ponad miesiąc temu świat pożegnał rok 2016 i z nadzieją na lepsze otworzył świeżutki kalendarz z siódemką na końcu. Hejtowanie Sylwestra to sport dość popularny i sama praktykuję go z umiłowaniem, nie mogąc jednak odmówić sobie symbolicznego kieliszka szampana o północy z 31. grudnia na 1. stycznia oraz równie symbolicznego w efekcie upojenia alkoholowego. Oczywiście tłumaczę sobie zdrowotny wpływ tego rytuału, który ma na celu zmyć wszelkie smutki roku ubiegłego i stanowić toast za większe i mniejsze sukcesy, których w ostatnich 12 miesiącach dokonałam lub nie. Potem symbolicznie stwierdzam „no to od teraz zero alkoholu” i tak zmotywowana z góry skazanym na porażkę postanowieniem noworocznym, wchodzę w kolejny styczeń życia.