niedziela, 5 lutego 2017

Czy należy bać się nieznajomych? Mrożąca krew w żyłach relacja z samotnego wypadu do Rzymu


Ostatnio postanowiłam poddać weryfikacji kilka zasadniczych kwestii. Ponieważ, jak ostatnio wspomniałam, przechodzę właśnie etap zmian, przeprowadzek i podobnych historii, które skłaniają do przemyśleń i zakładania blogów, to weryfikacja niektórych założeń, np. tego, czy kierunek mojej planowanej, paromiesięcznej emigracji faktycznie istnieje, była po prostu nieunikniona.

Postanowiłam przy okazji sprawdzić, czy to faktycznie jest tak, że jak jest się samotną podróżniczką, wolną strzelczynią lub po prostu - samej spędza się weekend w obcym państwie i w obcym mieście, to czy faktycznie wychodzi się z tego żywym, a przynajmniej nieztraumatyzowanym. Przy okazji rozwiązałam trapiącą kwestię tego, czy życie jest mi miłe, czy w sumie to yolo, oraz, co najważniejsze – podjęłam się próby znalezienia na czas wyjazdu mieszkania. Pokoju. Mojej przyszłej przystani, mej bazy i kątu, w którym skryłabym się gdyby nadmiar akcentowanych na drugą sylabę od końca wyrazów, tony spaghetti, pizzy oraz makaronów wszystkich grubości i długości wyczerpał moje akumulatory ekscytacji oraz spowodował rozstrój żołądka.


Otóż uwierzcie lub nie, ale jak prawdziwa globtroterka i nieustraszona poszukiwaczka przygód, wybrałam się na weekend do stolicy płynącej sosem puttanesca Italii - Rzymu. Mojego już-za-niedługo nowego miejsca zamieszkania.

I trochę było to stresujące, nie powiem. Niejeden coach pogratulowałby mi dzielnego zmierzenia się z wyjściem ze strefy komfortu i skoncentrowaniu na realizacji celu. Ów cel był spory i ważny, w końcu nie co tydzień jest okazja do rozglądania się za nowym lokum (tzn. wróć, jeśli ktoś długo szuka, to i każdego dnia może być taka okazja, no ale mam nadzieję, że wiadomo o co mi chodzi, z tym, że nie co tydzień bla bla)

Ponieważ efekt poszukiwań mnie ucieszył i podniósł na duchu, muszę się pochwalić już teraz – udało się! Znalazłam dach nad głową!

Po obejrzeniu kilku propozycji i zabawnej, weryfikującej moje yolo podejście przygodzie, zdecydowałam się na lokum, które spodobało mi się ogromnie już na etapie czytania ogłoszenia. Męczyłam wiadomościami właściciela, że bardzo to fajne co napisał i że chcę u niego mieszkać. On na początku mi odpisał, że już nieaktualne, potem że o, jednak aktualne, na co ja do niego, że teraz to ja już mam inne upatrzone, a po dwóch dniach odezwałam się znowu, że jednak wciąż jestem zainteresowana. I tak jak ten żuraw i czapla dogadywaliśmy się, czy aby na pewno, za ile i czy byłaby możliwość. Kiedy w końcu okazało się, że do Rzymu niebawem przylecę i jest okazja by ogłoszenie na własne oczy zweryfikować, wiedziałam, że nie mogę przepuścić takiej okazji. W ten sposób, ufając intuicji, odnalazłam swoje przyszłe miejsce na włoskiej ziemi, a w mej duszy zapanowały spokój i harmonia. I było to dobre.

Cała atmosfera mojego wypadu, całe to logistyczne przedsięwzięcie i emocje jakie mu towarzyszyły zaowocowały kilkoma przemyśleniami i wnioskami. Jeżeli z tego mojego weekendowego, przepełnionego adrenaliną, tremą i lękiem przed nieznanym wyjazdu miałabym wypunktować parę zdań podsumowania, powiedziałabym tak:
  • ludzie są mili i zawsze znajdzie się ktoś chętny do pomocy, tym bardziej, jeśli widzą, że jesteś sama jak palec. Poczynając od osób w kolejce do automatu z biletami, na sprzedawcy w barze, który przy okazji podgrzewania kawałka pizzy opowiedział mi o swoich sześciu wizytach w Krakowie kończąc
  • i uwaga, teraz petarda mądrości - obdarzanie ludzi zaufaniem jest super przyjemne, a bycie zaufaniem obdarzonym, to nie tylko przyjemność, ale też zaszczyt!

Odczułam to szczególnie wtedy, gdy dobiłam targu w sprawie tego najfajniejszego ze wszystkich mieszkania. Poczułam się tam jak u siebie nie tylko dlatego, że było umeblowane tak czy siak, ale przez to, że zostałam przyjęta ze szczególną życzliwością i sympatią. A już szczególnie wzruszyło mnie, że na wieść o mojej decyzji wynajęcia pokoju, zostałam przez właściciela – nie jakiegoś starszego pana, któremu życzliwość można by przypisać jako cechę nabytą z czasem, a chłopaka w moim wieku, po prostu z radością uściskana.

I ja wiem, że są te różne zasady bezpieczeństwa i w ogóle. Ale kiedy przychodzi co do czego, to o zagrożeniu nie myślimy w ten sam sposób, jak wtedy, gdy tylko o nim teoretyzujemy. Nie wiem czy zostałam tutaj dobrze zrozumiana, ale posłużę się jeszcze innym przykładem:

Ta weryfikująca moje yolo przygoda, o której wcześniej wspomniałam dotyczyła zaufania i zagrożenia właśnie. Otóż z właścicielem jednego z mieszkań umówiłam się, że spotkamy się pod stacją metra. Co prawda podał mi nazwę ulicy i numer bloku oferowanego lokum, ale dodał, że będzie łatwiej i przyjemniej, jeśli odbierze mnie z przystanku i wspólnie się przespacerujemy. Więc pomyślałam - no spoko. Udałam się na wyznaczone miejsce, byłam nawet przed czasem. Kiedy wybiła godzina spotkania, a facet się nie zjawiał stwierdziłam, że to nic, to tylko włoskie podejście do kwestii punktualności. Ale kiedy minęło 15 minut, a następnie kolejne 15, a mój kompan nie odbierał telefonu pomyślałam, że ja przepraszam bardzo, ale nie podoba mi się to, że stoję i czekam i że jeśli źle zrozumiał gdzie się mamy spotkać, to ja mam to głęboko w poważaniu. Dodatkowo doszłam do wniosku, że skoro zostało mi jeszcze sporo czasu do kolejnego umówionego spotkania. to co mi szkodzi – na własną rękę odnajdę adres, który wysłał mi mailem i sprawdzę, czy czasem mój internetowy kolega nie pomylił sobie co, gdzie i z kim. I poszłam.

Ulicę i blok odnalazłam. Postałam pod furtką zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry pomysł wchodzić i pukać do drzwi, które być może należą w ogóle do jakichś randomowych i nie zdających sobie sprawy z tego, że ich mieszkanie jest ogłaszane do wynajmu, ludzi. Zastanowił mnie również podpis na domofonie, gdzie obok nazwiska mojego korespondencyjnego znajomego znajdował się przymiotnik wskazujący na konotacje religijne. Przyszło mi do głowy, że być może mój niedoszły właściciel mieszkania jest częścią jakiejś tajemniczej sekty i pewnie miał plan się ze mną umówić, podstępem zwabić do swojej twierdzy i złożyć mnie w ofierze. Wywnioskowałam, że pewnie jednak tknęły go wyrzuty sumienia, rozmyślił się i dlatego nie przyszedł na spotkanie. Ogólnie cała ta wizja bardzo mnie zaintrygowała i ponieważ nigdy nie byłam w siedzibie żadnej sekty, to pomyślałam sobie, że to dobra okazja żeby jakąś odwiedzić.

Kiedy stanęłam przed właściwymi drzwiami i zapukałam, długo nikt nie odpowiadał. Słyszałam za to dobiegające zza drzwi dźwięki przesuwanych po podłodze mebli oraz... dźwięk rozwijanej, grubej taśmy klejącej.

To był moment, kiedy trochę się zestresowałam. Uznałam, że jednak nie jest mi w smak zostać złożoną w ofierze i postanowiłam, że jeśli przez kolejne 10 sekund nikt nie odpowie na moje pukanie, to zwiewam stąd jak najszybciej.

Ale drzwi się otworzyły. Stała za nimi sympatyczna starsza pani, która na dźwięk wydukanych przeze mnie danych osobowych mego korespondencyjnego znajomego pokiwała głową, że tak, zna taką osobę, że istnieje i że proszę wejść. Okazało się, że w mieszkaniu panuje chaos przeprowdzkowy, że taśma klejąca była potrzebna do klejenia kartonów i że w ogóle to nie jest żadna siedziba sekty, tylko faktycznie – mieszkanie do wynajęcia. Jedna z lokatorek, w miarę płynnie posługująca się angielskim pokazała mi co, gdzie i za ile, a ja pogratulowałam sobie w myślach, że wychodzę z tej sytuacji bez szwanku za zdrowiu. Niestety nikt z obecnych w mieszkaniu osób nie wiedział, dlaczego właściciel nie zjawił się na spotkanie. Dopytałam, czy nie jest czasem niespełna rozumu ale odparli, że raczej nie.

Mimo sympatycznego przyjęcia opuściłam apartament z odczuciem, że raczej nie jest to miejsce dla mnie, a po kilku godzinach dostałam od swego korespondencyjnego znajomego wiadomość, że przeprasza, ze nie przyszedł na umówione spotkanie, że nie odebrał mnie z metra, że nie zaprezentował swoich włości, ale trafił do szpitala.

I takie są właśnie koleje losu.

---

Aha! Z mądrości praktycznych, które nabyłam podczas wyjazdu, na wspomnienie zasługują jeszcze fakty takie jak:
  • aplikacje na telefon z mapami są bardzo fajne i wpływają na poczucie bezpieczeństwa. Szczególnie przydatna okazała się ta HERE we go, która działa offline (po zainstalowaniu trzeba sobie ściągnąć mapę miasta, do którego się wybieramy) i która chętnie podpowie jak skądś dokądś dostać się np. komunikacją miejską
  • wcześniejsze obczajenie tras, zabukowanie z wyprzedzeniem noclegów, zorientowanie się w cenach i rodzajach biletów wpływa na poczucie bezpieczeństwa, a spokój ducha w tej kwestii jest absolutnie bezcenny
  • trzeba dużo i regularnie jeść i pić, a szczególnie wtedy kiedy stres spala nasze kalorie w zawrotnym tempie. Świadomość, że jest się nawodnionym i dożywionym niesłychanie wpływa na komfort życia i przy okazji zmniejsza ryzyko omdlenia. A zakładam, że mdleć w samotności na obcej ziemi nie jest szczególnie przyjemnie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz