sobota, 4 lutego 2017

Jak poradzić sobie z wyprowadzką?

to nie mój pokój jakby co 

Już jestem po. Mam na myśli słowo na "W". Obecnie koczuję u rodziny, czekając na kolejny etap tych wszystkich ceregieli związanych z pakowaniem rzeczy przydatnych, wyrzucaniem rzeczy zbędnych, wychwalaniem pod niebiosa minimalistycznego podejścia do zakupów i - mimo tego - targania za sobą walizek wypchanych do granic możliwości. Ale od początku.

Niewiele ponad miesiąc temu świat pożegnał rok 2016 i z nadzieją na lepsze otworzył świeżutki kalendarz z siódemką na końcu. Hejtowanie Sylwestra to sport dość popularny i sama praktykuję go z umiłowaniem, nie mogąc jednak odmówić sobie symbolicznego kieliszka szampana o północy z 31. grudnia na 1. stycznia oraz równie symbolicznego w efekcie upojenia alkoholowego. Oczywiście tłumaczę sobie zdrowotny wpływ tego rytuału, który ma na celu zmyć wszelkie smutki roku ubiegłego i stanowić toast za większe i mniejsze sukcesy, których w ostatnich 12 miesiącach dokonałam lub nie. Potem symbolicznie stwierdzam „no to od teraz zero alkoholu” i tak zmotywowana z góry skazanym na porażkę postanowieniem noworocznym, wchodzę w kolejny styczeń życia.


O dziwo sylwester 2016/17 wzruszył mnie nieco bardziej niż poprzednie. Obserwując z ciepłych pieleszy mieszkania na 4 piętrze wirujące na niebie fajerwerki, zdałam sobie sprawę, że nadszedł czas absolutnego końca, finiszu, mety, czy jak to tam młodzież, prawda, powiada, pewnego etapu. Tak patrzyłam w to okno i pomyślałam o ubiegłym roku z perspektywy miejsc, które odwiedziłam, ludzi, których poznałam, dołów, które tym razem nie były tak głębokie, uniesień, które dodawały mi skrzydeł. Pomyślałam też o tych miłych, spędzonych pod ciepłą kołdrą chwilach sam na sam z laptopem i o błogim nic nierobieniu. I zdałam sobie sprawę, że ej, serio, coś się kończy. I że nie tak, że się kończy i teraz tylko święty spokój i dalej ta kołdra i laptop. Nie. Teraz to dopiero się zaczyna!

I mogę sobie mówić o romantycznym i refleksyjnym widoku sztucznych ogni, które wzbudziły we mnie nie tak znowu nowe przemyślenia nad przemijaniem i kruchością ludzkiego życia, ale szczerze powiem, że nic tak nie wzmacnia wrażenia, że za chwilę będzie pierwszy dzień reszty twojego życia, niż wyprowadzka.

I chyba dlatego postanowiłam sobie, że próbę pisania bloga, który ma być tym ostatecznym, trafionym w dziesiątkę i być może ostatnim blogiem, jaki będę kiedykolwiek pisać, bo blogiem doskonałym i takim jakim chcę - rozpocznę wpisem o końcu. Nazwijmy, że końcu pewnego etapu, chociaż chyba niekoniecznie aż tak. Koniec pewnego etapu to będzie, jak wreszcie napiszę magisterkę i się obronię. Ooo, to dopiero będzie! Móc w small talku wspomnieć nieśmiało „wiesz, ja ostatnio zamknęłam pewien etap swojego życia, zostałam magistrem” (magistrą?) i zebrać te wszystkie gratulacje, ochy i achy i zacząć robić aniołki w opadłym przed momentem deszczu confetti.

Wracając na ziemię. Tym razem zmiana zaczęła się delikatnie – przenosinami z pokoju do pokoju, tak na miesiąc, bo potem była już jazda z grubej rury i wyprowadzka całkowita i na amen. Patrząc na ogołocone z pocztówek ściany, ziejącą pustką szafę i wnękę, w której trzymałam wszystko to, co trzyma się w ukrytych przed oczami gośćmi wnękach, dziesięciokrotnie bardziej niż założyłam i uznałam za stosowne do sytuacji, przeżyłam rozstanie z miejscem, w którym spędziłam ostatnie 3 lata. Niby nie tak wiele, ale jednak. W ciągu 3 lat wiele się może zmienić, zadziać, pewne rzeczy mogą też – co gorsza - pozostać takie same. Jeśli z dystansu spojrzy się na swoje w danym miejscu obcowanie, to nagle człowiek sobie zdaje sprawę, ile na co dzień takie 4 ściany znaczą i czego są cichymi strażnikami. Wybuchy śmiechu, potoki łez, kalorie zjedzone po 21:00 i agresywne uderzanie palcami w klawiaturę laptopa - czego to sąsiedzi z drugiej strony ulicy tutaj nie widzieli! I choć chciałabym do tej, będącej już którąś z kolei, wyprowadzki mieć spokojny, wyluzowany wręcz stosunek, przy założeniu, że przenosin i wynosin może być w moim życiu trochę i jeszcze więcej - to choć chciałabym, nie umiem.

Za to z wyprowadzką taką już totalną, z mieszkania, poszło na szczęście nieco lżej. To chyba dobry sposób żegnać się tak etapowo – najpierw zmienić lokację, ale w obrębie tego samego, używając matematycznej metafory, zbioru. A potem „hop” i z tego zbioru, z tej części wspólnej wyskoczyć, jakby nigdy nic i jakby to nie było wcale takie trudne, jakie jest, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie sercowe. No bo logistycznie to wiem, że można pozałatwiać i ustawić się w życiu tak, żeby ręce od dźwigania bolały jak najmniej.

Więc ponieważ potrzebuję kotwicy i swego miejsca na ziemi, które przynajmniej w sferze wirtualnej pozostanie pewne i niezmienione, to wprowadzam się tutaj. Na bloga.


A do tej - lubię myśleć, że krótkiej - listy rzeczy, których żałuję, że nie zrobiłam w życiu, dopisuję to, że nie przyszło mi do głowy, nie pomyślałam, nie stanęłam, nie kliknęłam i teraz nie mam zdjęcia tego mojego opuszczonego w bólach pokoju przed jego ostateczną, wyprowadzkową dewastacją. Trochę szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz