niedziela, 12 lutego 2017

To wszystko wina Goslinga! Czyli parę słów o zakończeniu "La la land" (2016)

tak wyglądałam podczas pisania posta, zdj http://critics-associated.com/

Od kiedy obejrzałam La la land, ten film towarzyszy mi właściwie każdego dnia. Słucham muzyki, podśpiewuję piosenki, oglądam ulubione fragmenty. Jest to absolutnie zdrowa, kinofilska obsesja, której nie miałam już od dłuższego czasu, więc pławię się w tym uczuciu jak śliwka w kompocie i nie mam zamiaru, przynajmniej jak na razie, kończyć.
 

Autotematyzm filmu, dotyczący świata Hollywood i kina samego w sobie, to tylko jeden z elementów, za które najnowszy film Damiena Chazella ogromnie cenię. La la land to dla mnie również świetne zdjęcia (zauważcie, że cała rozpoczynająca sekwencja z piosenką Another Day of Sun to cudowny mastershot, czyli jedno długie ujęcie bez cięć!), to też znakomita, bazująca na kontrastach kolorów stylowa scenografia, przemyślana, wpadająca w ucho muzyka oraz nieskomplikowany, ale urzekający w swej prostocie scenariusz. I tak, cenię go choć wiem, że to element zazwyczaj w kontekście La la land krytykowany ze względu na swoją banalność właśnie.

Wiele osób, nawet tych sceptycznie odnoszących się do dzieła Chazella docenia fakt, że film nie kończy się beztroskim happy endem i odjazdem ślubną karocą w stronę zachodzącego słońca. La la land to czerpiący z klasyki melodramat, w którym miłość, nawet i ta największa musi pozostać niespełniona (trzeba zabić tę miłość – krzyczy tytuł filmu Janusza Morgensterna i jest to zdanie, które zawsze pojawia mi się w głowie, gdy myślę o melodramatycznej konwencji). Jedną z największych inspiracji do La la land był inny musical, zdobywca Złotej Palmy w Cannes Parasolki z Cherbourga Jaquesa Demy z 1964 roku, od którego Chazelle zaczerpnął nie tylko barwną stylistykę ale i pomysł na historię melodramatycznego romansu.

Żeby zrozumieć, co mam na myśli pozwólcie na szybkie streszczenie filmu:

W Parasolkach... oglądamy 16-letnią Genevieve (przepiękna, młodziutka Catherine Deneuve), pomagającą na co dzień matce w prowadzeniu sklepu z parasolkami i 20-letniego Guya (Nino Castelnuovo), mechanika samochodowego, których łączy młodzieńcze, szalone uczucie. Niestety, chłopak musi jechać na wojnę i para rozstaje się, lecz obiecuje sobie pisać listy. Niedługo po wyjeździe chłopca okazuje się, że Genevieve jest z nim w ciąży. Czas mija, a o względy dziewczyny zaczyna zabiegać przystojny sprzedawca diamentów. Genevieve stoi przed wyborem – albo czekać na swojego lubego, który nie wiadomo kiedy i czy w ogóle wróci, albo wyjść za dobrze sytuowanego absztyfikanta. Mimo bajkowej scenerii i wyśpiewywanych dialogów, które nadają światowi przedstawionemu aurę odrealnienia, Genevieve podejmuje bardzo racjonalną, podszytą przezornością decyzję, o poślubieniu swojego adoratora. Kiedy Guy wraca z wojny i dowiaduje się o tym, co wydarzyło się z jej ukochaną załamuje się, a następnie postanawia związać z dziewczyną, która przez wiele lat opiekowała się jego schorowaną ciocią. Finałowe spotkanie po latach dwójki dawnych kochanków, do którego dochodzi na stacji benzynowej, której Guy jest właścicielem i o której przez lata marzył, to smutny i muzycznie rozdzierający serce moment, przypominający o konsekwencjach podejmowanych przez nas życiowych wyborów.

poetyka Parasolek z Cherbourga to kanwa, na której Chazelle zbudował swój film, zdj. http://cyfraplus.pl

La la land trawestuje główne role zakochanych z Parasolek... i spychającą uczucie na dalszy plan w imię dostatniego stylu życia Genevieve u Chazella zastępuje Sebastian (Ryan Gosling). Dlatego myślę, że za takie a nie inne zakończenie La la land odpowiada postać Goslinga i jeśli, mimo zachwytu nad niewesołym, bo przecież tak innym od wielu zakończeniem, jesteśmy rozczarowani losami filmowej pary mamy tutaj w kogoś rzucić pomidorami, to właśnie w niego!

Para głównych bohaterów to dwoje utalentowanych artystów, którzy z jakiegoś powodu jeszcze nie trafili na swoją szansę realizowania pasji i spełnienia marzeń. Mia (Emma Stone) jest entuzjastką kina, romantyczką i marzycielką, do tego bardzo dziewczęcą – z rudym włosem i w zwiewnych sukienkach nawiązuje do archetypu sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa. Mia ciężko pracuje – utrzymuje się z pracy w kawiarni, a cały czas wolny poświęca przygotowaniom do castingów i bezskutecznym staraniem się o role. Sebastian to w porównaniu do niej taki zblazowany cwaniaczek. Złoty sygnet, fancy samochód i kolekcja związanych z artystami jazzowymi relikwii budują obraz zarówno zakochanego w muzyce jazzowej faceta z ambicjami, ale też materialisty przykładającego wagę to tego jak co wygląda. Sebastian nie boi się ryzyka, przynajmniej w kwestii swojej kariery – poznajemy go w momencie, kiedy prawdopodobnie wprowadził się do nowego (gorszego?) mieszkania po nieudanej inwestycji w muzyczny biznes. Mimo niepowodzenia, Seb sprawia wrażenie wyluzowanej osoby i sam głośno deklaruje, że nie warto zwracać uwagi na to co mówią i myślą o tobie inni. Czy faktycznie tak jest okaże się po jakimś czasie, gdy w grę zaczynie wchodzić sława i rozpoznawalność. Ale od początku.

Mia zauważa Sebastiana gdy ten przygrywa na pianinie w restauracji i improwizuje swój utwór, za co po raz kolejny zostaje wyrzucony z pracy. Urażona duma muzyka sprawia, że ten postanawia ostentacyjnie zignorować zachwyconą nim dziewczynę. Mia przy kolejnym spotkaniu nie przepuści okazji by wbić mu z tego powodu szpilę, celując nie tyle w ego mężczyzny, co ego muzyka właśnie. Nocny spacer, podczas którego bohaterowie bliżej się poznają, mówi o nich i ich oczekiwaniach dość sporo. Mia, mimo swojego zaangażowania w karierę aktorki nie przestaje być zwykłą dziewczyną z małego miasteczka, która poza spełnianiem marzeń związanych z karierą, chciałaby znaleźć szczęśliwą miłość. Sebastian zauważa to, że podoba się Mii i nieco sobie z tego faktu nawet żartuje, śpiewając o bezsensownym marnowaniu czasu we dwoje. Sam jednak, mimo odgrywania zdystansowanej do romansów pozy, wydaje się przez Mię zaintrygowany i w końcu postanawia spróbować zawalczyć o tę znajomość. Ich spotkania przebiegają tak przyjemnie, że  my-widzowie zaczynamy zauważać jak wspaniale są do siebie dobrani. Problem zaczyna się, gdy do głosu wracają ambicje dotyczące ich artystycznych karier.

Sebastiana kuszą pieniądze. To dla nich decyduje się na jakiś czas zrezygnować z tego co wierzy, by móc w przyszłości spełnić własne marzenie. Mia wręcz przeciwnie – podczas gdy Seb stawia na karierę, ona rzuca pracę w kawiarni by oddać się pisaniu swojej sztuki teatralnej. Doprowadza to do tarć między parą, gdy samorealizacja wydaje się nie do pogodzenia z jednoczesnym powodzeniem finansowym. Pieniądze i prestiż zdają się przysłaniać widzenie Sebastiana, który próby sprowadzenia na dawną drogę przez Mię traktuje jako atak wymierzony z powodu zazdrości.

Różne od siebie kierunki, jakimi zaczynają podążać bohaterowie, podkreśla inna postać przewijająca się przez film. Mam tu na myśli siostrę Sebastiana, Laurę. To ona na początku zachęca brata by nie przesadzał ze swoim przewrażliwieniem na punkcie muzycznych artefaktów i jazzu, tylko umówił się na jakąś randkę, znalazł sobie dziewczynę. Laura, myślę, że nieprzypadkowo wizualnie podobna do Mii, stanowi odbicie pragnień głównej bohaterki o szczęśliwej, romantycznej relacji i stworzeniu kochającej rodziny. Wątek Laury powraca w filmie kilkukrotnie - w scenie jej zaręczyn, ślubu oraz kiedy widzimy przysłaną do Sebastiana pocztówkę z rodzinnych wakacji, gdy tymczasem związek Sebastiana i Mii przechodzi kolejno etapy zakochania, kryzysu i definitywnego końca. Życie osobiste Laury to to, czego Mii w związku z Sebastianem brakuje.

Dla niego natomiast priorytetem nie jest pielęgnowanie związku, a kariery. Podczas gdy Mia ma premierę swojego monodramu, on wybiera udział w sesji zdjęciowej do magazynu. I specjalnie podkreślam, że wybiera, ponieważ jasno możemy zobaczyć, że nikt go do tego nie zmusza. Keith pyta się go tylko, czy da radę przyjść, nie stawia natomiast ultimatum lub propozycji nie do odrzucenia. Nic więc dziwnego, że Mia wpada w rozpacz po swoim spektaklu. To nie widownia teatralna sama w sobie zionie pustką, to szczególnie ten jeden fotel opatrzony kartką „zarezerwowane”, szczególnie rzuca się jej w oczy i powoduje załamanie bohaterki. Skoro dla najbliższej jej osoby nie było to wydarzenie warte uczestniczenia, to może faktycznie coś z pomysłem na siebie jako artystkę i aktorkę jest nie tak.


nie tylko do walca trzeba dwojga (do tanga podobno też), zdj http://theplaylist.net

Po kłótni i wyjeździe Mii do rodziców Sebastian nie walczy w żaden sposób o tę relację.. Mobilizuje się by przyjechać do dziewczyny dopiero wtedy, gdy w grę wchodzi jej aktorska przyszłość. Czyli kariera, prestiż – to na co sam zwraca najbardziej uwagę w swoim życiu. Jest to sytuacja, której powagę jest w stanie zrozumieć i która popycha go do przyjazdu w rodzinne strony Mii.

Najbardziej jednak dotkliwa w wymowie, według mnie, jest scena już po przesłuchaniu, kiedy Mia i Sebastian siedzą na wzgórzu. Ona pyta się „Where we are?”, a on udaje głupiego. Tak. Inaczej nie jestem tego w stanie nazwać i zarówno dla mnie, jak i dla Mii ta próba wyminięcia odpowiedzi to sygnał, że właściwie nie mamy już tutaj czego zbierać, bo Sebastian najzwyczajniej w świecie do kontynuowania związku nie jest przekonany. Zachęca bohaterkę, by jechała do Paryża i realizowała się w zawodzie, podczas gdy on zostanie i zacznie skupiać się na rozwijaniu interesu. I tyle. Do kwestii uczuć odnosi się dopiero wtedy, gdy Mia na te plany odpowiada „Wiesz że zawsze będę cię kochać?”, Sebastian przyznaje, że on ją też, chociaż, szczerze powiedziawszy, w tym momencie ciężko jest mi mu uwierzyć.

5 lat później widzimy, że plan Mii został zrealizowany – spełniła marzenie o wielkiej roli i została rozpoznawalną aktorką. Założyła rodzinę, realizując tym samym marzenie o szczęśliwej miłości. Widzimy, że jej małżeństwo jest ok, a jej mężem został starszy od niej, w miarę wyględny mężczyzna (taki, który dojrzał do małżeństwa i rodziny?) Przypadkowe odwiedziny w klubie jazzowym Sebastiana uruchamiają jednak sentyment do dawnej miłości i wywołują falę wyobrażeń o tym, jak wyglądałoby ich wspólne życie, gdyby podejmowane po drodze wybory dyktowane były postawieniem priorytetu uczucia nad rozwijaniem kariery. Jest to wizualizacja opowiedziana z perspektywy Mii, gdzie zarówno jej aktorska kariera, jak i życie rodzinne idą ze sobą w parze. To, co dzieje się z muzycznymi marzeniami Sebastiana, oprócz jego wystąpień w paryskich klubach jazzowych, nie jest do końca jasne. Wiemy jedynie, że podczas wieczornego wypadu zaglądają do tego samego baru, który w rzeczywistości należy do Sebastiana. W wizualizacji Seb jest jedynie jego gościem. Z drugiej strony ten bar to nie Samba & Tapas, które Sebastian początkowo chciał wykupić. Być może więc, gdyby został z Mią, jednak by mu się to udało?

Z drugiej strony, czy ten związek miał szansę przetrwania, skoro priorytety obojga przez dłuższy czas nie szły ze sobą w parze?

Życie to sztuka podejmowania wyborów i o tym właśnie opowiadają zarówno Parasolki z Cherbourga jak i La la land. Oba filmy zakańcza scena spotkania po latach, kiedy to oboje zakochanych poszło odmiennymi drogami, lecz w jakiś sposób osiągnęło swoje cele. Genevieve została żoną i matką bogatego kupca, Guy otworzył stację benzynową, Mia została sławną aktorką, a Sebastian otworzył klub jazzowy. Niestety w sferze domysłów pozostaje kwestia jak mogły się potoczyć losy bohaterów po spotkaniu. Za pierwszym razem miałam wrażenie, że uśmiech Mii z La la land zwiastuje, być może, ciąg dalszy znajomości z Sebastianem. Za drugim już tę pewność straciłam, ponieważ Emma Stone znakomicie odegrała stan przerażenia wynikający z niekomfortowej dla Mii sytuacji wizyty w klubie. A wy jak myślicie? Czy bohaterowie mogliby jeszcze mieć szansę na wspólną przyszłość?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz