wtorek, 21 marca 2017

Kurs udawania normalnego człowieka, czyli mój bilans pierwszego miesiąca na Erasmusie

Wczoraj minął pierwszy miesiąc mojej wymiany. Zdecydowanie się na wyjazd na ostatnim roku studiów, w ostatnim semestrze, tuż przed całym tym szałem związanym z pisaniem pracy magisterskiej (może w sumie powinnam powiedzieć - w trakcie pisania), obroną itd. było... najlepszą decyzją na świecie. Przynajmniej na razie tak uważam.

Mój poziom nie przejmowania się uniwersyteckimi sprawami jest teraz wprost proporcjonalny do ogromu satysfakcji, jaką daje mi przebywanie w nowym miejscu i przeżywanie drugiej młodości. W Krakowie miałam wrażenie, jakby studencki czas beztroski i zabawy już bezpowrotnie minął, a nieubłaganie zbliżający się koniec studiów nie pomagał w radzeniu sobie z pytaniami o plany na przyszłość, perspektywy na pracę i inne absolutnie przerażające i paraliżujące mnie tematy. Po przyjeździe tutaj mój sposób patrzenia uległ zmianie o tyle, że po prostu przestałam się tymi strasznymi rzeczami przejmować. Nie wiem, czy zadziałała w tym wypadku magia włoskiej ziemi, czy po prostu może mam okazję tańczyć wystarczająco dużo i często, by moje akumulatory optymizmu pozostawały stale naładowane :)

mnie wciąż śmieszy

Ta wyjątkowo wyluzowana, roztańczona i beztroska atmosfera sprzyja nie tylko dobrej zabawie, ale i wielu społecznym obserwacjom. Więc, gdyby ktoś pytał, to to nie tak, że ja tu nic nie robię, albo robię minimum, a potem idę na imprezę. Ja tutaj, moi drodzy, łącząc przyjemne z pożytecznym, prowadzę w ukryciu socjologiczno-antropologiczne badania terenowe. Międzynarodowe środowisko młodych ludzi i ich równie międzynarodowa, buzująca energia to materiał na niejeden blogowy wpis, słowo daję. Przykładowo - myślę, że po tych paru miesiącach będę miała wystarczająco dużo spostrzeżeń na temat, chociażby, mieszkania z dwójką facetów, by móc zebrać je w klarowne, oczywiście nie do końca poważne, ale na pewno interesujące studium nad płcią i genderem. Ale dziś nie o tym (oczywiście).

Dziś pochwalę się jedną z moich największych uciech minionego miesiąca. Moim fakultatywnym, osobistym, nie podlegającym żadnym restrykcjom, ograniczeniom i prawdopodobnie nieweryfikowalnym żadnymi egzaminami... kursem udawania normalnego człowieka. Nie wiem czy kojarzycie, ale swego czasu było takie popularne wydarzenie na Facebooku. Wtedy oczywiście bardzo mnie to śmieszyło, teraz jednak sądzę, że to super pomysł na biznes i jeśli moja nauka nie pójdzie w las i przyniesie korzyści to kto wie, być może będę mogła napisać nawet jakiś podręcznik, czy coś. Jak na razie udało mi się wycyzelować takie dwa podpunkty/przykazania normalnego człowieka, które należy bezwzględnie stosować, jeśli chcemy za takiego właśnie osobnika uchodzić.

Po pierwsze, należy mówić "mam to gdzieś", albo "nie obchodzi mnie to", nawet jeśli nie mamy czegoś gdzieś i nawet jeśli coś nas naprawdę obchodzi. Przyznawanie się do swoich prawdziwych uczuć jest dla smutasów, fanów rozwoju osobistego i osób w trakcie lub po psychoterapii. Cała reszta skrupulatnie stara się ukrywać, że im przykro, że smutno, że głupio. Postanowiłam więc, na jakiś czas (a może na zawsze, kto wie) odrzucić nie tak dawno zdobyty background w byciu w zgodzie ze swoimi uczuciami i spróbować tej charakterystycznej dla normalnego człowieka, techniki wyparcia. Co za ulga! Co za wygoda na niewygodne kwestie odpowiadać sobie "nie dbam o to!" Czy to jeśli chodzi o uniwersytecki sekretariat i nieogar pań z biura, czy o starcie lasek o najfajniejszego kolesia z imprezy.




Kolejnym punktem dekalogu normalnego i, co ważne - pijącego alkohol - normalnego człowieka, jest wyuczona podatność na napady amnezji. Oooo tak, nie ma w tym świecie lepszego sposobu na zakończenie dyskusji, czy rozprężenie atmosfery, niż stare, dobre "Nie pamiętam, byłem/byłam pijany/pijana". Zakładając, że nie będzie to działanie z krzywdą dla innych, kiedy tylko zostaniemy zauważeniu z drinkiem w ręku, możemy robić wszystko, mówić wszystko i domyślam się, że możemy nawet odrzucić technikę wyparcia - przyznać się do jakichś ciemnych sprawek i skrywanych uczuć, ale tylko, jeżeli po fakcie - być może zaskoczeni doskonałą pamięcią świadków - zastosujemy magiczne zaklęcie "Nie pamiętam". Zwalenie winy na alkohol to zbrodnia doskonała i zawsze mniej lub bardziej efektywna. A śmiechu przy tym co nie miara!




Wiem, że dobrze się czytało, ale niestety tyle na dziś ode mnie. Mam nadzieję kontynuować swoją edukację w tej dziedzinie i stawać się coraz bardziej świadomym, normalnym człowiekiem. A jak tam z Wami? Może macie jakieś propozycje technik do wypróbowania? :3

środa, 8 marca 2017

Co gwizdanie i nocne powroty mają wspólnego z feminizmem?

Miałam plan świętować Dzień Kobiet i Międzynarodowy Strajk Kobiet krocząc ubrana w czerń i czerwoną szminkę przez Stolicę Apostolską. Stety lub niestety przedstawiciele rzymskiej komunikacji miejskiej postanowiły wesprzeć miłe panie w ich święcie i dołączyć do strajkujących. *PS To oficjalne stanowisko - wsparcie kobiet w strajku.* Przez 24h nie jeździ metro, tramwaje, autobusy, wszystko. Siedzę więc uziemiona w mieszkaniu i rozmyślam nad kwestią kobiecą, bo choć wydawałoby się, że wszystko już w tym temacie powiedziano, to chyba wciąż nie zdajemy sobie sprawy o co w tym całym feminizmie chodzi. 

I tutaj już miałam pisać mądry post o tym, że wszyscy jesteśmy jak dzieci we mgle i wszyscy trochę nie do końca czasami wiemy co to ten feminizm jest. Wychodzą potem z tego różne głupoty i wtopy, jak ten tekst Leny Dunham, że nie miała aborcji, ale by chciała mieć (na szczęście przeprosiła). Albo jak te oskarżenia Emmy Watson, że jakby była prawdziwą feministką, to by nie pokazała cycków w Vanity Fair. Swoją drogą, sama zainteresowana znakomicie z całej sprawy wybrnęła - pewnie już widzieliście ten wywiad, ale warto przypomnieć, że pokazywanie cycków a feminizm nie mają ze sobą za wiele wspólnego poza tym, że miło byłoby móc pokazywać cycki gdzie się chce i kiedy się chce, bez lęku o to, że ktoś cię za chwilę seksualnie wykorzysta lub puści wiązankę epitetów z klasyczną 'szmatą' na czele. 




Chciałabym wierzyć, że świadomość się zmienia, że coraz częściej jesteśmy w stanie przyznać, że feministą i feministką jesteśmy, a pseudomądrości Korwino-Mikkopodobnych tylko w tym pomagają.

Chciałabym, ale szczerze powiem, że będąc od tych dwóch tygodni tutaj w Rzymie jakoś zapomniałam o tym optymistycznym widoku na przyszłość. I niech mi nikt nie wciska kitu, że to ten włoski temperament czy podobne pierdoły - tu chodzi o najzwyklejsze w świecie przekonanie, które we Włoszech jest wyjątkowo silne, że skoro jestem facetem, to mi wolno i kropka. Wolno mi cmokać za plecami, gwizdać, pokrzykiwać (na szczęście nie wiem co, bo moja znajomość języka jeszcze nie obejmuje takich słów), wolno też oczywiście próbować obłapywać, cmokać i całować, a nawet jak mówisz "nie" to wolno spróbować jeszcze raz. Wszystkie te rzeczy przydarzyły mi się tylko w ciągu dwóch tygodni, z wczorajszą nocą włącznie. Wkurwia mnie to, moi drodzy bardzo i zastanawiam się, kiedy nerwy puszczą mi na tyle, by zdzielać każdego takiego śmiałka od razu z liścia.




Wkurwia mnie, że aby wrócić z imprezy do domu musisz wcześniej upewniać się, że masz kogoś, kto cię odprowadzi. Wkurwia mnie, że za każdym razem gdy wracam nocnymi autobusami i widzę samych kolesi dookoła, to tylko się modlę, żeby żaden nie wysiadł na moim przystanku. Wkurwia mnie też, że muszę zachować przezorność i przed wieczornym wyjściem dwa razy zastanowić się czy w razie czego moje buty nadają się do biegu, a te spodnie nie wyglądają zbyt prowokująco. To się po prostu nie powinno zdarzać. I choć mówię teraz o kwestiach mniej lotnych niż równe płace, dostęp do antykoncepcji czy mierzenie wartości kobiet w zależności od ich stanu cywilnego, to to też jest feminizm i nie możemy o tym zapominać.

No więc już miałam pisać ten mądry post. Ale stwierdziłam, że lepiej, jeśli będę dawkować przyjemność i po prostu będę co jakiś czas wracać do tematu. O!

Dlatego na Dzień Kobiet chciałabym życzyć sobie i innym dziewczynom poczucia bezpieczeństwa i wolności. I też chyba wzajemnego zrozumienia, że hej, gramy do jednej bramki :)