środa, 8 marca 2017

Co gwizdanie i nocne powroty mają wspólnego z feminizmem?

Miałam plan świętować Dzień Kobiet i Międzynarodowy Strajk Kobiet krocząc ubrana w czerń i czerwoną szminkę przez Stolicę Apostolską. Stety lub niestety przedstawiciele rzymskiej komunikacji miejskiej postanowiły wesprzeć miłe panie w ich święcie i dołączyć do strajkujących. *PS To oficjalne stanowisko - wsparcie kobiet w strajku.* Przez 24h nie jeździ metro, tramwaje, autobusy, wszystko. Siedzę więc uziemiona w mieszkaniu i rozmyślam nad kwestią kobiecą, bo choć wydawałoby się, że wszystko już w tym temacie powiedziano, to chyba wciąż nie zdajemy sobie sprawy o co w tym całym feminizmie chodzi. 

I tutaj już miałam pisać mądry post o tym, że wszyscy jesteśmy jak dzieci we mgle i wszyscy trochę nie do końca czasami wiemy co to ten feminizm jest. Wychodzą potem z tego różne głupoty i wtopy, jak ten tekst Leny Dunham, że nie miała aborcji, ale by chciała mieć (na szczęście przeprosiła). Albo jak te oskarżenia Emmy Watson, że jakby była prawdziwą feministką, to by nie pokazała cycków w Vanity Fair. Swoją drogą, sama zainteresowana znakomicie z całej sprawy wybrnęła - pewnie już widzieliście ten wywiad, ale warto przypomnieć, że pokazywanie cycków a feminizm nie mają ze sobą za wiele wspólnego poza tym, że miło byłoby móc pokazywać cycki gdzie się chce i kiedy się chce, bez lęku o to, że ktoś cię za chwilę seksualnie wykorzysta lub puści wiązankę epitetów z klasyczną 'szmatą' na czele. 




Chciałabym wierzyć, że świadomość się zmienia, że coraz częściej jesteśmy w stanie przyznać, że feministą i feministką jesteśmy, a pseudomądrości Korwino-Mikkopodobnych tylko w tym pomagają.

Chciałabym, ale szczerze powiem, że będąc od tych dwóch tygodni tutaj w Rzymie jakoś zapomniałam o tym optymistycznym widoku na przyszłość. I niech mi nikt nie wciska kitu, że to ten włoski temperament czy podobne pierdoły - tu chodzi o najzwyklejsze w świecie przekonanie, które we Włoszech jest wyjątkowo silne, że skoro jestem facetem, to mi wolno i kropka. Wolno mi cmokać za plecami, gwizdać, pokrzykiwać (na szczęście nie wiem co, bo moja znajomość języka jeszcze nie obejmuje takich słów), wolno też oczywiście próbować obłapywać, cmokać i całować, a nawet jak mówisz "nie" to wolno spróbować jeszcze raz. Wszystkie te rzeczy przydarzyły mi się tylko w ciągu dwóch tygodni, z wczorajszą nocą włącznie. Wkurwia mnie to, moi drodzy bardzo i zastanawiam się, kiedy nerwy puszczą mi na tyle, by zdzielać każdego takiego śmiałka od razu z liścia.




Wkurwia mnie, że aby wrócić z imprezy do domu musisz wcześniej upewniać się, że masz kogoś, kto cię odprowadzi. Wkurwia mnie, że za każdym razem gdy wracam nocnymi autobusami i widzę samych kolesi dookoła, to tylko się modlę, żeby żaden nie wysiadł na moim przystanku. Wkurwia mnie też, że muszę zachować przezorność i przed wieczornym wyjściem dwa razy zastanowić się czy w razie czego moje buty nadają się do biegu, a te spodnie nie wyglądają zbyt prowokująco. To się po prostu nie powinno zdarzać. I choć mówię teraz o kwestiach mniej lotnych niż równe płace, dostęp do antykoncepcji czy mierzenie wartości kobiet w zależności od ich stanu cywilnego, to to też jest feminizm i nie możemy o tym zapominać.

No więc już miałam pisać ten mądry post. Ale stwierdziłam, że lepiej, jeśli będę dawkować przyjemność i po prostu będę co jakiś czas wracać do tematu. O!

Dlatego na Dzień Kobiet chciałabym życzyć sobie i innym dziewczynom poczucia bezpieczeństwa i wolności. I też chyba wzajemnego zrozumienia, że hej, gramy do jednej bramki :)

1 komentarz:

  1. Mądry tekst wyszedł, szacun. Mnie to wkurwia też niemiłosiernie... I bym do Włoch nie jechał więcej, gdyby nie jedna taka feministka ;)

    OdpowiedzUsuń