poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Najgłupsze wymówki, które doprowadziły mnie do ruiny

wie ktoś z czego to? // wiecie, z 'Shameless' podobno!
Trochę inaczej wyobrażałam sobie, jak będę spędzać czas w Wiecznym Mieście. Prawdę mówiąc, widziałam to jako codzienne wyprawy do muzeów, galerii, siedzenie godzinami przed jakimś dziełem sztuki i wzdychanie w niebiosa nad artystycznym kunsztem dzieła. Widziałam to jako ganianie z aparatem, doskonalenie warsztatu fotograficznego i filmowego, montowanie wspaniałych, osiągających tysiące wyświetleń vlogów i spisywanie ekscytujących historii z mojego rzymskiego życia.

Niestety po raz kolejny złapałam jedną z najgorszych przypadłości, jaka może dopaść człowieka, a mianowicie przypadłość znajdowania wymówek. Typu, że nie wyjdę dziś z domu bo w sumie to obudziłam się po 10, zanim zjem śniadanie i się ubiorę minie godzina, potem wyjdę to zrobię się głodna, stracę kasę, namęczę się, upocę, buty pewnie znowu mnie obetrą, znowu będę głodna, znowu wydam kasę i już - trzeba będzie wracać, bo przecież szkoda przepuścić dzisiejszą imprezę, a jakoś na niej muszę wyglądać. Tak więc kończy się na tym, że zostaję w domu i oglądam Netflixa, jem obiad na tarasie co jest powodem do dumy, bo przecież się dotleniam, łapię promienie słoneczne, proszę bardzo, witamina D i te sprawy. Wymówka „nie wychodzę, bo muszę oglądać Netflixa” albo „nie wychodzę, bo mnie buty obetrą” to moje hity, z których sama się podśmiewuję i które faktycznie zdarza mi się wdrażać w życie, choć na szczęście nie tak często. Szkoda, że nigdy nie przychodzi mi do głowy, by fakt nieruszania się z domu usprawiedliwiać sobie tekstem „nie wychodzę, bo muszę pisać magisterkę”.



Jednak sam fakt, że w ogóle preteksty przed nie zrobieniem czegoś próbuję sobie wynajdować, wzbudzają we mnie takie ogólne refleksje nad życiem i tym, ile przez wymyślanie sobie różnych udawanych problemów można czasem przegapić. I ponieważ nie mogę za dużo rozmyślać o straconych szansach i nieuchwyconych dniach, bo dostałabym nawrotu depresji, to przejdę od razu do konkretu, czyli moich własnych wymówek-gigantów, których miałam w życiu takich trzy, z czego jedna się przeterminowała, drugą pokonałam, a trzecia wciąż święci triumfy. Wymówki te z boku mogą się wydawać niemożebnie głupie, zdaję sobie z tego sprawę i dlatego też o nich chcę napisać, tym bardziej, że dla mnie samej brzmiały, lub wciąż brzmią całkiem sensownie.


1. DLACZEGO NIGDY NIE ZROBIŁAM DREDÓW?

Pierwsza wymówka-gigant jest związana z moją fryzurą. Otóż będąc w wieku nastoletnim i buntowniczym, poszukując swego ja i próbując ubraniowych eksperymentów wymyśliłam sobie marzenie, że będę mieć dredy. Że skoro one zawsze tak superancko wyglądają na ludziach, to na pewno, mając takie dredy, nie dość, że zyskałabym +50 do stylóweczki (przypasowałyby mi do drewnianych koralików, wzorzystych spodni z krokiem w kolanach i sandałów), to jeszcze dzięki ich magicznej mocy nauczyłabym się też grać na bębnie, tamburynie, a może nawet gitarze, tak do kompletu tego trochę rastamańskiego, a trochę pielgrzymkowego zestawu. No i wyobraźcie sobie, że miałam ten plan odkąd skończyłam jakieś 12 lat. I ciągnęło się to za mną właściwie do końca liceum. I nigdy nie zrobiłam tych pieprzonych dredów i zdecydowanie mogę uznać to za pierwsze w życiu marzenie, które na własne życzenie zakopałam w gruzach i jeszcze przyklepałam. Moja wymówka na niezrobienie dredów była bowiem prosta i niezwykle na ten czas logiczna - dredy nie pasowałyby mi do eleganckiej sukienki na studniówce.


2. DLACZEGO NIE CHCIAŁAM BYĆ WEGETARIANKĄ?

Druga wymówka, choć ostatecznie z sukcesem pokonana na arenie zwanej życiem, ciągnęła się chyba nawet jeszcze dłużej. Bo sprawa była tego typu, że ja zawsze uważałam, że coś w jedzeniu mięsa jest trochę nie tak. Na dodatek nigdy fanką smaku mięsa nie byłam, więc wszystko składało się wręcz idealnie do tego, by fakt, iż jestem doskonałym materiałem na wegetariankę zaakceptować i codzienny jadłospis po prostu radykalnie zmienić. Niestety, propaganda, że bycie wege w wieku nastoletnim jest niezdrowe, miała na mnie znaczący wpływ, szczególnie jeśliby wziąć pod uwagę hipochondryczne skłonności i strach przed strasznymi chorobami. Poza tym, że bałam się kurzej ślepoty to też sporo czytałam, a jedną z moich ulubionych dziedzin były książki i magazyny podróżnicze, które przyczyniły się do mojego osobistego wkładu w mięsny biznes przez parę następnych lat. Otóż przeczytałam gdzieś fascynującą historię, że – chyba – Beata Pawlikowska, będąc kiedyś w dżungli amazońskiej, została poczęstowana przez plemię tubylców miejscowym specjałem, czyli zupą z małpy. Bardzo mnie ten fakt przejął. Po pierwsze dlatego, że nie wiedziałam, że małpę można ugotować, a po drugie dlatego, że matko boska, to ja chyba nigdy nie zostanę wegetarianką. Przecież co to będzie, jak pojadę do jakiejś takiej dżungli amazońskiej jako wegetarianka i tubylcy podadzą mi zupę z małpy? Co jak co, ale w takiej sytuacji nie ma bata. Trzeba okazać szacunek wodzowi, czy tam komu i zjeść. Inaczej zostanę niechybnie przebita strzałą, natknięta na pal, sprzedana na paciorki, kto wie co jeszcze. W efekcie postanowiłam więc dzielnie jeść te poddawane pod nos rosoły i kotlety schabowe, w imię hipotetycznej zupy z małpy, którą kiedyś przyjdzie mi zjeść w amazońskiej dżungli.

Ponieważ czas mijał, na odwiedziny dżungli się nie zapowiadało, w końcu z mięsa zrezygnowałam. A jak kiedyś mi ktoś zaproponuje taką ugotowaną małpę, to ja już mu wymyślę jakąś wymówkę!


3. DLACZEGO NIE MAM TATUAŻU?

Trzecia gigant-wymówka jest najświeższa. Otóż od jakiegoś czasu zaczął mi się coraz bardziej podobać pomysł zrobienia tatuażu. Nigdy wcześniej nie było to moje marzenie, ale jak się tak naoglądałam różnych ładnych panów z tatuażami i brodami, oraz równie ładnych pań z tatuażami i bez bród, to sobie pomyślałam, że chyba bym też coś takiego chciała (ile wtedy do stylóweczki? +100?). Ale no kurcze, oczywiście to nie ma tak, że sobie wymyślę, znajdę ładny wzór, zbiorę pieniądze i już, robię. Nie. Najpierw trzeba pokonać wymówkę. A moim pretekstem do nie zrobienia sobie tatuażu jest nic innego jak fakt, że NA MIŁOŚĆ BOSKĄ przecież z tatuażem to mnie nie wpuszczą japońskiej łaźni! Bo wiecie, tam się wchodzi na golasa i tatuaże są zabronione, a przecież to jest bardzo ważna rzecz do zrobienia, na wypadek gdybym akurat była w Japonii, żeby taką właśnie łaźnię odwiedzić.



Tak więc po raz kolejny możecie się u mnie dowiedzieć, że w życiu nie ma łatwo. Na tych kilku prostych przykładach starałam się ten fakt po raz kolejny wyłuszczyć, żebyście czasem o zwykłych udrękach dnia codziennego nie zapomnieli. W ogóle, to dzisiejszy wpis też jest wynikiem wymówki – od jakiegoś tygodnia próbuję zebrać się do zrobienia tabelek z gramatyki włoskiej, takich do powieszenia nad biurko. Już sobie nawet obiecałam, że zrobię to dziś, po zajęciach. No ale przecież wpis na bloga sam się nie napisze...

-------
Dobry, prowokacyjny tytuł, no nie?

3 komentarze:

  1. Pierwszy gif jest z serialu "Shameless" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojacie, szczerze się uśmiałam, bo to jakbym czytała o sobie :D. Wymówka, za wymówką... Trzymam kciuki za Ciebie i siebie, żeby tych wymówek było mniej na horyzoncie :D. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń