niedziela, 4 czerwca 2017

Wodospad Marmore, Perugia, Asyż i Civita di Bagnoregio - wspominki z wyjazdu!

Zaczął mi się teraz taki czas, co to człowiek ma dużo na głowie. Przykładowo - ja, zważając na fakt, że semestr to już mi się skończył i teraz to mi zostały tylko egzaminy i modlitwy o udane zdanie sesji, no więc ja po raz pierwszy od przyjazdu do Włoch postanowiłam się POUCZYĆ. I dziś to już mija jakieś sześć dni od początku tego postanowienia i nawet jeden egzamin to już zdałam. Ale sami pomyślcie - sześć dni! 


w dzisiejszym odcinku pojawi się wspominka z Perugii
No dobra, nie tak, że całe sześć, bo między przewróceniem stron w książce dużo odpoczywam, żeby się nie przemęczać.Ale przecież, biorąc pod uwagę moją obecną sytuację życiową i stan umysłu balansujący gdzieś pomiędzy wygrywaniem rytmu 'Despacito', a obliczaniem prawdopodobieństwa zgonu od nadmiaru pizzy, takie sześć dni, nawet niecałych ale jednak, to jest przecież dawka zabójcza. I ponieważ ja jestem przezorna i obawiam się, że nadmiar tej nauki to faktycznie może mieć jakieś efekty uboczne, postanowiłam te moje biedne szare komórki trochę rozruszać ale w innym sensie, a mianowicie zapuszczając się w krainę wspomnień. I tak to sobie wymyśliłam, że tym razem opowiem o mojej pierwszej erasmusowej wycieczce, na którą pojechałam z uczelnianym oddziałem ESN-u. Wiecie, organizacji studenckiej dbającej o to, żeby przywieźć z Erasmusa dużo samych ciekawych wspomnień, choć czasem niekoniecznie chwalebnych.

Wyruszyliśmy pewnego marcowego, sobotniego poranka na północ od Rzymu, a konkretniej do regionu Umbrii (a Rzym jest w Lacjum i te regiony ze sobą graniczą, to tak gwoli ścisłości). Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy wodospadzie Marmore, który nie jest w sumie prawdziwym, z natury powstałym wodospadem, ale takim zaprojektowanym przez człowieka. No i czym tu się zachwycać, powiedzielibyście. Ok, może i przez człowieka, ale w 271 roku przed naszą erą. Tacy byli wtedy już zdolni inżynierowie, że walnęli wodospad na 165 metrów wysokości. Jeśli mimo wszystko nie czujecie się zachwyceni, to może przekona was fakt, że poeci tacy jak Wergiliusz, Dante czy Byron pisali o wodospadzie w swoich utworach i taki Byron, to ma tam nawet pomnik ku swej czci. Obok wodospadu jest przystosowana do spaceru ścieżka, której pokonanie zajmuje ok 30, 40 minut. Kiedy dojdzie się do najwyższego punktu warto mieć ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy, bo wodospad pryska tam bardzo intensywnie. Ale ja przeżyłam bez płaszcza i śmiechu od tej wody było co nie miara. Jeśli traficie na ładną pogodę to prawdopodobnie nad wodospadem dojrzycie tęcze, które powstają w wyniku odbijającego się od kropli wody światła. Super urokliwe.

nie mam zdjęcia całego wodospadu więc wstawię fotkę tęczy


o, tutaj trochę więcej widać w tle. I ja na dokładkę
Początkowo mieliśmy mieć możliwość odbycia raftingu na wodach Marmore, ale po przybyciu okazało się, że nie ma ku temu odpowiednich warunków. Szkoda.

Po wodospadzie nadszedł czas na przetransportowanie się do kolejnego punktu - Perugii. Przepięknego, malowniczego i bardzo włoskiego w swej włoskości miasta. Pech chciał, że pojawiliśmy się tam późnym popołudniem i między zameldowaniem się w hostelu a wieczorną imprezą z tamtejszą ekipą ESNu mieliśmy jedynie godzinne, mało profesjonalne ale doceniam chęci, oprowadzanie. Mimo, że podczas spaceru po mieście sporo zobaczyliśmy, czułam ogromny niedosyt, że bycie w Perugii ograniczyło się tylko do tego guide-touru i późniejszej imprezy. Miasto nie jest duże, ale tak bardzo malownicze i z pięknymi punktami widokowymi, że aż chciałoby się na spokojnie pospacerować tam we własnym tempie, a potem posiedzieć i popatrzeć na krajobrazy. Na pewno polecam i na pewno chciałabym wrócić na jakieś, przynajmniej, 2 czy 3 dni.



taka jest Perugia piękna
i taka
taki widok z hostelu

i taki też
Poranek po nocy tańców i drinków nie był dla mnie aż tak bolesny jak podejrzewałam. O 10 opuściliśmy hostel Ostello di Perugia Centro, który, swoją drogą, był bardzo przyjemny, usytuowany w samym centrum, ze ślicznymi widokami z okien. No więc opuściliśmy ten fajny hostel i skierowaliśmy się do Asyżu.

Ponieważ mój wewnętrzny buntownik Asyż w planie wycieczki traktował trochę po macoszemu, tym większe było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że miasteczko jest absolutnie ŚLICZNE i dokładnie takie, jak te zdjęcia z Pinteresta, które wyskakują jak się wpisze 'Italy' w wyszukiwanie. Uliczki, kwiatki, te sprawy. Plus, niestety, samochody, które parkowane są w nawet najbardziej urokliwych miejscach i trzeba się czasem nagimnastykować, żeby ten pinterestowy, nieskażony nowoczesnymi technologiami krajobraz uchwycić.

Kościół św. Franciszka - główna atrakcja miasteczka i powód, dla którego miejsce odwiedza tak chętnie wielu turystów jest, w mojej opinii, zjawiskowy. Skromna bazylika, bijąca bielą po oczach i z charakterystyczną dzwonnicą otoczona jest niesłychanie zadbanym i czystą przestrzenią (to nie taka oczywistość we Włoszech). Wewnątrz zachwyciła mnie szeroka, przestronna nawa i niskie sklepienie (bo ja to właśnie znalazłam na Wikipedii, że tam jest kościół dolny i górny i teraz chyba piszę o dolnym) - granatowe, wykończone zdobionymi, kontrastującymi z resztą, paskami wzorów. W podziemiach znajduje się krypta z grobem św. Franciszka, Ogólnie cała świątynia jest zaprojektowana tak, że kolejne jej fragmenty odkrywa się stopniowo, więc satysfakcja ze zwiedzania jest naprawdę spora. W kościele nie można robić zdjęć, więc zrobiłam, ale nie są najlepszej jakości. 

Myślę, że ten zakaz to dlatego, żeby każdy sobie do Asyżu przyjechał i na własne oczy bazylikę zobaczył. I ja to rozumiem i polecam - nawet jeśli nie jesteście religijni ale po prostu wrażliwi na urodę miejsc, jak ja, to i miasteczko i kościół się wam spodobają. Moja muzułmańska koleżanka, która nie wiedziała gdzie jedziemy i kim był św. Franciszek, po przekroczeniu bramy miasta i spacerze jego uliczkami powiedziała, że bardzo podoba jej się spokój i harmonia jakie tam panują. Chyba nie bez przyczyny Asyż nazywany jest miastem pokoju właśnie :)

a takie solniczki w kształcie św. Franciszka można sobie zakupić (w Rzymie też sprzedają)

taki piękny jest kościół św. Franciszka w Asyżu
 i taki o



o tych zdobieniach mówiłam, jest na to pewnie jakieś fachowe określenie




taka asyżowa uliczka

to chyba ta sama, ale z innej perspektywy

i taka asyżowa 
Z Asyżu wyjechaliśmy popołudniem, by odwiedzić jeszcze jedno, ostatnie na naszej mapie zwiedzania miejsce. Kierując się na południe i przekraczając granice Lacjum trafiliśmy do Civita di Bagnoregio - 'La citta che muore;, jak nazywają je Włosi, czyli miasto, które umiera. Bagnoregio zostało ufundowane jeszcze przed Chrystusem, prawdopodobnie ok 2500 lat temu przez Etrusków. Ponieważ jego podłoże to miękka skała tufowa, miasto sukcesywnie zapada się i prawdopodobnie za jakiś czas absolutnie zniknie. Co ciekawe, forma w jakiej Bagnoregio stoi teraz to tylko pozostałość, która ostała się po trzęsieniu ziemi w XVII wieku. Wtedy to części miasta zapadły się tworząc wokół miasta przepaście i odcinając je od świata. Dopiero na początku XX wieku zbudowano most, po którym, również dziś, można dostać się do Bagnoregio (nie wiem jak oni sobie radzili przez te te 300 lat, nie pytajcie). Ale można się dostać tylko na piechotę, ponieważ samochody mają tam zakaz wstępu. Podejście jest trochę strome, ale na własne oczy widziałam kobiety w zaawansowanej ciąży, które podchodziły pod górę i nie urodziły po drodze, więc mimo trudów, trasa jest do zrobienia przez każdego. 

Usłyszałam, że obecnie miasteczko liczy 7-8 mieszkańców (wszyscy są bardzo starzy, więc stąd pewnie niepewność w kalkulacji), więc w zasadzie wszyscy ludzie, którzy tam się kręcą to turyści lub osoby dojeżdżające do pracy. Civita jest maleńkie, do obejścia w zasadzie w godzinę lub mniej. Specjałem miejsca, o którym dowiedziałam się pokątnie, nieoficjalnie, jest zimna ricotta z polewą, podawana jak lody. Nie wiem czy to prawda z tym specjałem czy nie, ale no uznajmy, że tak. 
Poza kamiennymi domami i brukowanymi uliczkami można nasycić oczy wspaniałymi krajobrazami - jak już wspomniałam miasto otaczają przepaście, więc jest to trochę przerażające, ale warte zobaczenia na własne oczy. 


Civita di Bagnoregio

randomowe podwórko

uliczka!

widok z miasta

Wycieczka była super, choć krótka, bo tylko dwudniowa! Ale Włochy są ekstra, mówię wam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz